niedziela, 15 maja 2016

Podróże w czasie

Skąd bierze się fenomen książek o podróżach w czasie? Może stąd, że w każdym z nas, bez względu na wiek, ciągle tkwi dziecko? A może stąd, że każdemu z nas zdarza się gdybać, co by było....? A gdyby jeszcze tak mieć możliwość cofnąć coś, inaczej się zachować, dokonać innego wyboru, nie powiedzieć tego jednego słowa?

Właśnie wróciłam z podróży, które zafundowała mi Rysa Walker - autorka Kronik Chronosa, a konkretnie pierwszego ich tomu "Podróże w czasie". Niestety tom 2 i 3 w Polsce się nie ukazały, i z tego, co udało mi się dowiedzieć w Wydawnictwie Feeria, nie ma w planach wydania ich. A szkoda... Jedynym plusem jest to, że książka kończy się tak, że brak dalszych części nie umniejsza jej wartości. Chociaż nie powiem: chciałoby się odbywać kolejne podróże i nie sposób za nimi nie tęsknić...

Życie szesnastoletniej Kate zmienia się w chwili, gdy w jej życiu pojawia się dawno niewidziana babcia. Odtąd nic już nie jest takie jak było i tak naprawdę odtąd nie ma w nim nic pewnego. A może kiedyś sama Kate po prostu przestanie istnieć? Zniknie, bo przecież nigdy się nie narodziła? W każdym bądź razie póki co, przechodzi ona ekspresowe szkolenie umiejętności korzystania z tajemniczego medalionu i z genetycznie zakodowanej możliwości przenoszenia się w czasie... Przygoda goni przygodę, nie sposób przy tej książce się nudzić, a ciekawość osiąga ten pułap, że naprawdę trudno odłożyć książkę na bok... 

Według mnie powieść w niczym nie ustępuje słynnej Trylogii Czasu: tak pożądanej, od lat nie wznawianej i osiągającej kosmiczne cenny na różnego rodzaju aukcjach...
Tyle że skoro Podróże w czasie Rysy Walker są takie rewelacyjne i zbierały naprawdę dobre noty, to dlaczego podobno nie było zainteresowania książką, a w konsekwencji stwierdzono, że nie ma sensu wydawać kolejnych tomów? Pozostanie to chyba niestety zagadką... Czymś, w co ktoś, kto przeczytał powieść, po prostu nie może uwierzyć :( Z drugiej strony sama tak mam, że jeśli wiem, że wydawnictwo nie wydaje całej serii, to nie lubię po takie książki czytać. W końcu nikt mi nie daje gwarancji, że ta część, wydana w Polsce jako ostatnia, będzie miała zakończenie, które w miarę mnie zadowoli? I że nie będzie mnie męczyło pytanie: co dalej? 

Przyznaję: po tę książkę też bym nie sięgnęła, gdyby nie fakt, że pomyślałam naiwnie, że skoro ta część została wydana rok temu, to a nuż lada moment ukaże się kolejna... Na szczęście ją kupiłam i czytając ją bawiłam się naprawdę dobrze :) Gorąco polecam - mimo tego, że kolejnych tomów ma w Polsce nie być...

wtorek, 23 lutego 2016

Mleczny deser MONTE z dodatkami

Chyba każdy miewa gorsze dni... Nie ukrywam, że u mnie zdarzają się one głównie wtedy, gdy za oknem szaro, buro i ponuro, gdy z zasnutego szarego nieba lecą okropnie zimne krople deszczu. I to lecą tak, jakby ich ilość zdawała się nie mieć końca. 

W takich chwilach szukam ratunku dla siebie i resztkami sił staram się wykrzesać chociaż troszkę tych pozytywnych iskierek, które poprawią nastrój. Na pewno każdy ma swoje sposoby, ale jestem przekonana, że jedną z popularnych i skutecznych metod jest po prostu sięgnięcie po dobrą, smaczną przekąskę.

I tutaj z ratunkiem przybywa nam firma Zott ze swoimi wyśmienitymi deserami Monte z dodatkami. Samo MONTE zna chyba prawie każdy, a teraz do tego puszystego mlecznego kremu z czekoladą i orzechami laskowymi, mamy równie pyszne dodatki. Aż osiem różnych odsłon:

- Monte Cherry,
- Monte Cookies,
- Monte Crunchy,
- Monte Choco Balls,
- Monte Cappucino Balls,
- Monte Cacao Cookies,
- Monte Choco Flakes,
- Monte Waffle Sticks.


I szczerze to tak naprawdę nie potrafiłabym wskazać jednego swojego ulubionego wariantu, bo każdy ma w sobie to coś, co sprawia, że gdy zaszywamy się z nim w kącie to wiemy, że to ta chwila przyjemności, którą mam tylko dla siebie. I nieważne, czy mamy 5 lat, 10 czy 40 :) Każdemu z nas ta odrobina przyjemności po prostu się należy :) 

piątek, 12 lutego 2016

WALENTYNKOWE LOVE

Gdzie nie wejdę, gdzie nie spojrzę - wszędzie wszechobecna krzykliwa serduszkowa czerwień. Oczywiście nieco przesadziłam, bo nie wszędzie, ale... jest tego w każdym bądź razie tyle, że mam wrażenie osaczenia przez nią... Ja wiem, że WALENTYNKI, że to fajny dzień, że każda okazja jest dobra, by celebrować MIŁOŚĆ, ale dlaczego zapominamy o tym, że miłość taka na co dzień, to wcale nie te czerwone serca, wcale nie słodycze w kształcie serduszek, wcale nie pluszowe misie, bukiety kwiatów, kolacja przy świecach i przy butelce wina? 

Pewnie tym wpisem narażam się co niektórym, ale nie taki jest mój zamysł. Ot tak po prostu wolałabym, żeby ludzie inaczej tę prawdziwą MIŁOŚĆ kojarzyli: wcale nie z tym przyspieszonym biciem serca i pierwszym spojrzeniem, od którego wiedzieli, że to TEN jedyny czy TA jedyna; nie z uroczystą kolacją, nie z chwaleniem się jaka ta moja druga połowa cudowna, tylko same OCHY i ACHY... 
To PRAWDZIWA miłość? 
Taka jedyna? 
Czy raczej taka na pokaz?

Bo dla mnie MIŁOŚĆ to cała paleta barw:
BIEL, anielskiej cierpliwości;
ZIELEŃ wzajemnie podtrzymywanej nadziei, że w końcu kiedyś będzie lepiej;
ŻÓŁTY, bo dzień zaczęty od ujrzenia uśmiechu na twarzy ukochanego musi być dniem pełnym słonecznych myśli;
GRANATOWY, jak burzowe niebo, gdy złość ciska błyskawicami
i SZARY, jak najbardziej ponure myśli, gdy ON zalazł mi za skórę...
I ZŁOTY jak piasek na ścieżce, którą przemierzamy kilometry tak zwyczajnej codzienności, że nawet piaskowi udziela się jej cień sprawiając, że widzimy po prostu kolor PIASKOWY.
I RÓŻOWY jak usta kochane, które nieraz stanowczo za dużo mówią, gadają, plotą i się czepiają...
I MORSKI jak fale, które nieraz nas unoszą ponad wszystkim...
I NIEBIESKI, jak spokój, ukojenie i poczucie bezpieczeństwa, które potrafi dać uścisk JEGO dłoni.
I taki najzwyczajniej kolor BURY, gdy któreś z nas ma muchy w nosie, a drugie chwilowo ma dość ich znoszenia...

Ale w końcu chciałam napisać, że MIŁOŚĆ, ta codzienna, to dla mnie samej głównie wzajemne zrozumienie, wspieranie się w trudnych chwilach, dzielenie nawet tych najmniejszych radości, mniejsze i większe nieporozumienia, i długie rozmowy, które niekoniecznie natychmiast wszystko prostują. I taka MIŁOŚĆ jest przeplatana pięknymi chwilami uniesień, ale absolutnie UNIESIENIA te nie są istotą miłości. Mają one sens tylko wtedy, gdy są jej uzupełnieniem (chyba że szukamy chwilowych uniesień, a nie uczucia). W przeciwnym razie chwile uniesień miną i pozostanie niesmak, tęsknota albo rozdygotane jedno samotne serce. I obydwa serca nadal będą szukać... Tej prawdziwej i jedynej MIŁOŚCI, która będzie umiała trwać każdego dnia...

Czas na zmiany, czyli rzecz o urządzaniu pokoju od podstaw. I NOWA SZAFA która STRASZY na środku pokoju :)

Zmiany są po prostu niezbędne, a u nas akurat ta niezbędność najbardziej dopadła wyposażenie pokoi dzieci. Pierwszy o remont wołał pokój synka, więc zaczęliśmy od malowania. Pomijam fakt, że ściany koloru brzoskwiniowego mój wspaniałomyślny mąż określił prosiaczkowymi, ale faceci tak mają, więc trzeba im takie wpadki wybaczyć.

Ustaliliśmy priorytety, bo worka pieniędzy nie mamy, a w totka dawno grać przestaliśmy. Tak więc najpierw malowanie, a zaraz po nim zakup nowego łóżka i mebli. Firanki, nowe panele podłogowe - to spokojnie może poczekać. 

Zdecydowaliśmy się na wybór MEBLI SYSTEMOWYCH, by móc stopniowo kupować poszczególne elementy. Trzy dni jeździliśmy i biegaliśmy po sklepach. Chyba największym zdziwieniem było to, że jeśli chcemy meble kupić to wcale nie jest tak, że wchodzimy, płacimy i zabieramy nasz nowy nabytek do domu. Pamiętam, że kiedyś tak było, a  teraz... owszem: płacimy (przynajmniej zaliczkę) i zamawiamy, a mebel czy meble docierają do nas po JAKIMŚ czasie. I ten JAKIŚ czas to minimum tydzień, a nieraz i trzy tygodnie. Przy wyborze kanapy, gdybyśmy chcieli inny kolor (no wiecie, taki pasujący do wybranych przez nas mebli), to okres wyczekiwania i wyglądania takiego cacka wynosi jakieś 5 tygodni.  W dobie walki o klienta i o zbyt brzmi to jak jakiś absurd, ale absurdem to niestety nie jest. 

Po tygodniu dotarła do nas cudowna kanapa, a po ok. 2 tygodniach upatrzona i wymarzona szafa a'la garderoba. Transport opłacony, wniesienie na piętro też, pozostało poskładanie i poskręcanie, no ale co tam: wszystko jest dla ludzi.

Pierwszy zgrzyt: brakuje kołków. Drugi zgrzyt: śruba do przykręcenia uchwytu przy drzwiach tak słaba, ze podczas wkręcania się ukręciła. Zgrzyt numer trzy: miało być piękne lustro wewnątrz garderoby i... lustro jest, ale z ogromną rysą i upaćkane jakimś klejem. Można było zauważyć wcześniej, gdyby folię zdjęło się przed montażem, ale wówczas można było lustro uszkodzić samemu... No i w końcu ZGRZYT nr 4: kompletna klapa z montażem drzwi, bo półki są kilka milimetrów za długie i wystają sobie poza rzekomą szafę. Dzwonimy więc do sklepu, w którym szafę kupiliśmy. Bez żadnych pretensji, bo raz, że ekipa profesjonalna i obsługa bardzo miła, a dwa: to w końcu wina nie ich a producenta. Porobiliśmy zdjęcia defektów, wysłaliśmy mailem i... sobie czekamy już dwa tygodnie i tak właściwie to nie wiemy ile jeszcze poczekamy. 

Mój małżonek dwa dni temu postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, znalazłam mu numer telefonu do producenta, więc zadzwonił. I tu nie koniec naszych zdziwień, bo pani (która podobno była dla nas wyjątkowo miła) stwierdziła, że skoro były jakieś wady to w ogóle nie powinniśmy elementów szafy nawet wyjmować z opakowań. Tylko... jak wtedy stwierdzić, ze coś nie tak???? Pobawić się we wróżkę?

Póki co zamówiliśmy wczoraj do kompletu biurko, by syn miał w końcu już urządzony swój kąt do nauki i odrabiania lekcji. Może już pozbawione wad elementy szafy dotrą razem z biurkiem? A może to tylko nasze pobożne życzenie?

środa, 23 lipca 2014

KONKURS z firmą SYS

No dobrze, ja wiem, że miało być więcej postów, więcej pisania, ale... niestety WAKACJE i LATO jakoś mnie rozleniwiły :( Obiecuję poprawę a w ramach malutkiej rekompensaty mini KONKURS :) Może nagroda  przyda się komuś w sierpniu? :) Do wygrania malutki zestaw DAŃ BABCI ZOSI firmy SYS, czyli placki ziemniaczane klasyczne oraz w wersji z suszonymi pomidorami. Wcześniej już pisałam więcej na temat produktów tej firmy i na temat łatwości ich przyrządzania, zapraszam więc do czytania :) 

Warunki wzięcia udziału w konkursie są następujące:
1) jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś(aś) dodaj bloga do obserwowanych
2) jeśli nie lubisz to polub fanpage na facebooku https://www.facebook.com/wzyciuzakochana

3) polub fanpage https://www.facebook.com/firmasys?fref=ts
4) udostępnij publicznie na facebooku informację o KONKURSIE https://www.facebook.com/wzyciuzakochana/posts/777692102283563
5) na facebooku w komentarzu do posta informującego o konkursie napisz rymowankę (może być bardzo krótka), w której obowiązkowo muszą znaleźć się trzy słowa (można je odmieniać): LATO, DANIE, SYS. W nawiasie napisz pod jakimi danymi obserwujesz bloga :)

Spełnienie wszystkich pięciu warunków jest niezbędne do wzięcia udziału w konkursie.
Sponsorem nagrody jest firma SYS. Wysyłka na mój koszt tylko na terenie Polski NAJCHĘTNIEJ za pośrednictwem PACZKOMATÓW!

TERMIN trwania konkursu: od 23.07.2014 do 01.08.2014 włącznie. 
Wyniki zostaną ogłoszone do 05.08.2014 r. 
Zwycięzca będzie miał 3 dni na podanie na pw na facebooku wybranego paczkomatu, do którego ma być dostarczona nagroda (ewentualnie swojego adresu). Po tym czasie losuję kolejną osobę.
Nagroda jest jedna i w jej skład wchodzą dwa Dania Babci Zosi: placki ziemniaczane klasyczne oraz placki ziemniaczane z suszonymi pomidorami. 

Nagroda zostanie wysłana w ciągu 7 dni od otrzymania danych zwycięzcy :)

niedziela, 6 lipca 2014

TEN JEDYNY - nie zawsze pozwala zapomnieć o całym świecie...

Tym razem nie będzie ochów i achów, ale może to wszystko tylko dlatego, że uwielbiam książki Emily Giffin i po najnowszej jej powieści "Ten jedyny" spodziewałam się tego, czego zazwyczaj: że porwie od pierwszych stron, że będzie zapierała dech w piersi, że wciągnie tak bardzo, że nie oderwę się dopóki nie skończę. A było niestety inaczej...

Najbardziej lubię czytać wówczas, gdy dom spowija wieczorny spokój, bo wtedy mogę zapomnieć o całym świecie i czytam dopóki mnie sen nie zmorzy, książka nie skończy lub... nie znudzi. Bywa, że mając wrażenie, że nie jestem w stanie przeczytać już ani linijki więcej, muszę po prostu odpocząć od czytania. Tak bywało w przypadku "Tego jedynego" i przyznaję z żalem, że te 523 strony czytałam aż cztery wieczory. Pewnie czytałabym i pięć, ale... chciałam już naprawdę ją dokończyć, żeby móc zatopić się w innej lekturze. Chciałam mieć tę książkę z głowy...

Przeczytawszy ok. 30 stron po raz pierwszy przemknęła mi myśl, że może lepiej książkę odłożyć i zacząć czytać coś zupełnie innego. Zaraz jednak przyszło mi do głowy, że jeśli teraz to zrobię, to za jakiś czas będę musiała na nowo brnąć przez ten tak ciężki dla mnie początek, więc zrezygnowałam z tego idiotycznego pomysłu. I na szczęście już ok. strony 50 przestałam żałować swojej decyzji :) 

Autorka z niezwykłą łatwością opisuje ludzkie emocje i relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami powieści. Jest to tak opisane, że czytając odnosi się wrażenie, że tkwimy w tym wszystkim po same uszy. I tak naprawdę nieważne, że bardzo szybko czytelnik wie, co będzie dalej, bo przecież nie do końca wiemy, jaka będzie ścieżka, po której bohaterowie będą stąpać, nim osiągną swój cel...

Z notki na książce:
Czasem wymarzony książę z bajki okazuje się wielką pomyłką.
Czasem ktoś, kto miał kochać, głęboko rani.
Czasem miłość rodzi się tam, gdzie nikt się jej nie spodziewa.

W życiu Shei wszystko jest pokręcone. Zamiast chodzić z matką na proszone obiadki woli oglądać mecze. Zamiast cieszyć się, że ma chłopaka, który jest obiektem powszechnych westchnień, zastanawia się, czy to na pewno ten jeden jedyny. A jeśli nie on, to kto? I dlaczego nowe uczucie jest takie trudne?
Czy Shea wybierze lojalność i przyjaźń, czy odważy się postawić wszystko na miłość?

Od siebie zadałabym jeszcze masę innych pytań... Po pierwsze czy przyjaciel ma prawo stawiać nas pod murem? A jeśli tak, to co może ten fakt usprawiedliwić - o ile w ogóle istnieje jakakolwiek sensowna argumentacja? Po drugie, trzecie, czwarte, piąte... Nie będę pytała, by nie zdradzić szczegółów powieści tym, którzy dopiero po nią sięgną i by nie psuć im miłych chwil spędzonych z "Tym jedynym" :) 

Jestem pod ogromnym wrażeniem sposobu, w jaki Emily Giffin opisuje z jednej strony małżeństwa wzorcowo szczęśliwe (aż ciśnie się na usta pytanie, jaki procent związków może się takim szczęściem poszczycić), z drugiej rodzinę rozbitą, a z jeszcze innej namiastkę domowej przemocy. Pisarka swymi opisami świata sportu i relacji w nim panujących, nie zaszczepiła we mnie miłości do żadnej dyscypliny sportowej i pomimo tego, że jestem pod wrażeniem znajomości tematu, niestety właśnie głównie te opisy powodowały moje zniechęcenie. Mimo tego oczywiście wiem, że bez nich nijak nie dało się napisać powieści osadzonej w tym a nie innym środowisku, czyli tak być po prostu musiało :)

Książka nie wciągnęła mnie od początku i bez reszty, ale wynikało to raczej z tego, że znam pozostałe powieści Emily Giffin i wiem, że autorkę stać na dużo, dużo, naprawdę dużo więcej. Niemniej pozycja idealna na lato, gdy chcemy odetchnąć po całodziennych wędrówkach, czy to górskich, czy też galeriowych :) Nikt w końcu nie powiedział, że książka wciągająca jest zawsze idealna. Nie zawsze można pozwolić sobie na zatracenie się w czytaniu i zapomnienie o całym świecie :) 

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Dania Babci Zosi - na ratunek :)

I tym razem Dania Babci Zosi firmy SYS nadciągnęły z odsieczą :) Niespodziewani goście w dniu, gdy obiad miałam zaplanowany na nieco późniejszą godzinę i oczywiście chwila PANIKI. Sama może zrobiłabym sobie kawałek chleba, ale dzieci? Wypadałoby na szybko jakiś ciepły posiłek przygotować, ale w głowie chwilowy brak pomysłów. Na szczęście w spiżarce znalazłam RYŻ Z GROSZKIEM I MARCHEWKĄ :) Tym razem postanowiłam przyrządzić "ulepszoną" wersję, czyli zgodną z propozycją serwowania znajdującą się na opakowaniu.

Dwie ogromne zalety DAŃ BABCI ZOSI już wspominałam we wcześniejszych wpisach, czyli po pierwsze są niezwykle szybkie w przygotowaniu (w przypadku Ryżu z groszkiem i marchewką dokładnie 20 minut) a po drugie żadnej chemii - tylko naturalne składniki (ryż, groszek zielony, marchewka, cebula). 

Wybrałam sposób przygotowania według babci (a tak, mamy dwa do wyboru: wg babci i wg wnuka). Zagotowałam 600ml wody (dla porcji na 4 osoby), wsypałam zawartośc dwóch torebek oraz płaską łyżeczkę soli oraz odrobinkę oleju. Przykryłam szczelnie pokrywką i gotowałam przez 12 minut na minimalnej mocy palnika. Zdjęłam z kuchenki, zamieszałam i szczelnie przykryty garnek odstawiłam na 5 minut. 

W międzyczasie usmażyłam omlet z czterech jaj (dodając sól i pieprz do smaku). Lekko przestudzony zwinęłam w rulonik i posiekałam na paseczki. Teraz wiem, że mogły być jeszcze cieńsze, ale i tak wyszło super :) Wymieszałam z ryżem z groszkiem i marchewką i..... GOTOWE :)
Naprawdę PYYYYYCHA :) 

A w tajemnicy zdradzę Wam, że w zanadrzu już mam konkurs, w którym nagrodą będą dwa Dania Babci Zosi :) Będziecie więc mogli wypróbować sami :)